• Absolwenci

        • Lidia Bojdoł - absolwentka Technikum Ekonomicznego

        • Świat kręci się wokół ekonomii.

          Wywiad z naszą absolwentką - Lidią Bojdoł - dyrektorem mikołowskiego oddziału banku BNP Paribas.

          - W 2005 r. ukończyłaś Liceum Ekonomiczne o specjalności bankowość w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Ornontowicach. Czy później kontynuowałaś naukę w swoim kierunku?- Tak, po ukończeniu z wyróżnieniem Liceum Ekonomicznego postanowiłam rozwijać się w tym kierunku na studiach. Studiowałam w Wyższej Szkole Bankowej w Chorzowie, kierunek Finanse i Bankowość.

          - Jak rozwijała się Twoja kariera zawodowa?- Połączyłam naukę z pracą ponieważ od samego początku studiów pracowałam. W 2006 roku rozpoczęłam pracę w Kredyt Bank S.A. w Mikołowie jako Doradca Klienta Detalicznego. Po 4 miesiącach pracy otrzymałam pierwszy awans z Doradcy Klienta w Mikołowie na Doradcę Hipotecznego w Gliwicach, gdzie przez kilka dobrych miesięcy zajmowałam w sprzedaży kredytów hipotecznych pierwsze miejsce w Polsce. Pracowałam tam ponad 5 lat. Następnie w styczniu 2012 roku rozpoczęłam pracę w Banku BGŻ S.A. w Gliwicach gdzie już po roku wygrałam konkurs sprzedażowy w zakresie ubezpieczeń i kredytów hipotecznych, później jeszcze kilka innych. W 2014 zajęłam 4 miejsce w Polsce w sprzedaży kredytów gotówkowych - nagroda to 10-dniowy wyjazd na Kubę – niezapomniana przygoda. W 2015 roku dostałam propozycję objęcia stanowiska Dyrektora Oddziału połączonego Banku BGŻ i BNP Paribas w Mikołowie. Mimo, że w ostatnim czasie w banku zaszły zmiany fuzyjne, gdzie m.in. bank zmienił swoją nazwę na BNP Paribas, ja w dalszym ciągu w nim pracuję i się rozwijam.

          - Czy nauka i taka interesująca lecz z pewnością niełatwa droga kariery zawodowej pozwoliła Ci na życie prywatne?- Oczywiście, że tak. Założyłam rodzinę i dobrze sobie radzę z pogodzeniem wszelkich obowiązków.

          - Co byś radziła młodym ludziom zastanawiającym się, czy warto uczyć się ekonomii, rachunkowości?- Bez względu na to jaki zawód docelowo będziemy wykonywali w przyszłości to świat kręci się wokół ekonomii. Bankowość, rachunkowość, finanse to bardzo ważne kwestie zarówno przy założeniu w przyszłości własnej działalności, pracy na etat czy też planowaniu własnego budżetu domowego. Kierunki te uczą analizy i wcielenia w rzeczywistość nabytej teorii. Przy tym wszystkim są ciekawe i praktyczne.

          - Jak wspominasz szkołę? Co wspominasz najlepiej?- Liceum Ekonomiczne w Ornontowicach wspominam z dozą sympatii. Uczniom daje poczucie ważności, możliwość odkrywania własnych talentów, rozwijania zainteresowań. Uczy pracy w grupie ale i przy tym bycia samodzielnym.Mówią, że człowiek z perspektywy czasu widzi więcej… co widzę? Widzę nauczycieli, którzy każdego dnia dawali nam cząstkę siebie byśmy wyrośli na ludzi wykształconych, mądrych, kompetentnych i znających poczucie własnej wartości.

          - Dziękujemy za rozmowę.

        • prof. zw. dr hab. inż. Jan Siekierski, absolwent Technikum Hodowlanego

        • W czasie dzieciństwa przeżycia wewnętrzne w znacznym stopniu skupiają się na marzeniach. Z biegiem lat i w życiu coraz starszym wracają wspomnienia, zwłaszcza z młodości. Mój pobyt w szkole średniej w latach 1953 – 1957 wspominam jak najlepiej, gdyż z perspektywy czasu uważam, że była to prawdziwa „szkoła życia”. Wracam więc często myślami do życia szkolnego, internatowego i koleżeńskiego.

                Jeśli chodzi o szkołę, to nie sposób nie wspomnieć profesorów, którzy szczególnie starali się o utrzymanie wysokiego poziomu nauczania, zwłaszcza w zakresie przedmiotów zawodowych. A więc przede wszystkim mam na myśli naszego wspaniałego dyrektora szkoły, inż. Stefana Kłapcię (uprawa roślin), absolwenta Wydziału Rolniczego UJ w Krakowie, mgr. inż. Tadeusza Bukowskiego (organizacja przedsiębiorstw rolnych), inż. Franciszka Nitę (hodowla zwierząt), mgr. Zdzisława Rafalika (chemia), inż. Adolfa Tomoszka (mechanizacja rolnictwa). Z przedmiotów ogólnokształcących z dużym wzruszeniem i uznaniem wspominam polonistkę Władysławę Kiełbus, mgr. Eustachego Rusieckiego (historia), mgr. Pawła Pindura (ekonomia polityczna), mgr. Witolda Słowińskiego (wych. fiz.), a także wychowawców internatowych Zofię Kłapcia i Włodzimierza Łytkowskiego.

                Z obowiązkowego pobytu w internacie bardzo dobrze zapamiętałem poranne i wieczorne apele, gimnastykę przed zamkiem, ciągłe sprzątanie, wiórkowanie parkietów, dbanie o park itp. Niemniej ważne były różne akcje „alarmowe”, np. zebranie siana i płodów w zagrożeniu przed deszczem. Jednakże szczególnie uczące były praktyki, wczesnoporanne, południowe i wieczorne dyżury w oborze, chlewni, kurniku, obok normalnych zajęć lekcyjnych w szkole.

                          Naukę w pierwszej klasie rozpoczynało ponad 100 osób, ale do matury „dotarło” 20, w tym 3 koleżanki, bliskie naszym sercom: Krysia Bromboszcz (później żona dyrektora W. Słowińskiego), Marysia Łabacz (podobnie jak ja z Mikołowa) oraz Zenia Szatan z miasta Koziegłowy. Spośród kolegów „maturalnych” szczególnie miło wspominam Antosia Glosa, Gintera Jabłonkę, Kazika Młocka i Jurka Ździebło. Z kolegów z niższych klas koniecznie chciałbym tutaj wymienić Henia Młocka z rocznika 1959 (brat Kazika) oraz Jego żonę z domu Krysię Mandrela z rocznika 1962, z którymi przyjaźnię się od wielu lat. Henryk, podobnie jak ja, jest absolwentem Wydziału Rolniczego Wyższej Szkoły Rolniczej (obecnie Uniwersytet Rolniczy im. H. Kołłątaja w Krakowie). Los związał mnie na trwałe z tą uczelnią, gdzie przez 30 lat kierowałem Katedrą Ekonomii. Heniek i Krysia pracowali przez wiele lat w byłym Kombinacie Rolnym w Głubczycach na kierowniczych stanowiskach. Obecnie ich stałym miejscem zamieszkania jest Wrocław.

        • doc. dr hab. Krystian Dziadek, absolwent Technikum Rolniczego

        • Na przestrzeni 54 lat mojej nauki i pracy zawodowej odnotowałem wiele radosnych chwil, którymi jestem usatysfakcjonowany. Idąc od końca, wymienię tylko najważniejsze: habilitacja, doktorat, magisterium, a po drodze kilka odpowiedzialnych stanowisk w Instytucie Zootechniki.

          Jednak bezdyskusyjnie bramą do tego była matura w PTR w Ornontowicach, gdzie od pierwszych dni obowiązywała żelazna dyscyplina zarówno w szkole, jak i w internacie. Chociaż były sposoby na uwolnienie się od tego, dzięki czemu mogę stwierdzić, że było bardzo miło.

          Mimo ogromu zajęć związanych z nauką, znalazłem dosyć czasu, aby zająć się sportem. Gdy byłem w III klasie, zawitała do naszej szkoły kadra wojewódzka ciężarowców LZS na tygodniowy obóz kondycyjny. W grupie tej poznałem późniejszego medalistę olimpijskiego i medalistę mistrzostw świata Marka Gołąba. Do tego czasu zajmowałem się głównie rzutem dyskiem i pchnięciem kulą, ale przez kontakty z tą grupą posmakowałem nieco ciężkiej atletyki. W efekcie tych kontaktów cały ich sprzęt, ze sztangą włącznie, pozostał w naszej szkole. Zaczęło się ciekawie, ale nie wszystko układało się należycie i gdy w Orzeszu odbył się konkurs na siłacza wiejskiego, jako że nie posiadali ciężarka 25 kg, musiałem go sobie z Ornontowic do Orzesza zanieść sam. Innym razem „Echo Tyskie” zamieściło notatkę “Dziadek najsilniejszy", w której informowano "zwyciężył Krystian Dziadek z PTH Ornontowice, który w sumie w podnoszeniu 17 kg ciężarka osiągnął imponujący wynik 227 kg". Prawdziwe poplątanie z pomieszaniem. W rzeczywistości była to sztanga i podrzuciłem 127 kg. Ale obok tych wpadek były chwile radosne, które w 1985 roku zostały pięknie opisane przez prof. Słowińskiego w rocznicowym opracowaniu.

          Wracając na zakończenie do nauki, to wielokrotnie w czasie studiów, jak i w pracy zawodowej doceniałem klasę ornontowickich profesorów przedmiotów zawodowych, dzięki którym studiowanie w zakresie tych przedmiotów było dla mnie prawdziwą przyjemnością.

          Szkoda, że mój życiorys nie został zapisany na nośnikach. Bo gdyby przygotowywano jakąś audycję w typie "przeżyjmy to jeszcze raz", na pewno wybrałbym pięciolecie w Ornontowicach, a słowami kluczowymi tej audycji byłyby: sport, szkoła, nauka własna, kilka imion rodzaju żeńskiego, no i oczywiście prof. Winkler vel Kellner.

        • prof. dr hab. Zbigniew Greń, dziekan Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, absolwent Technikum Rolniczego

        • Naukę w szkole ornontowickiej pobierałem w latach 1969-1974. Od tego czasu minęło już więc 40 lat. Pozwala to spojrzeć na ten okres z właściwym dystansem, ocenić to, co warte jest zachowania w pamięci, odrzucić wspomnienia nieistotne. Z perspektywy lat wydaje się, że niewątpliwą wartością zarówno wybranego kierunku nauki, jak i wybranej szkoły, jest zdobycie na progu dorosłego życia przeświadczenia, że twarde trzymanie się konkretów, weryfikacja wszelkich zamierzeń i planów w praktyce, jest najwłaściwszą postawą życiową, drogowskazem w wyborze drogi życiowej i w życiu zawodowym, niezależnie od uprawianej profesji. Jest to wartość szczególnie istotna, zwłaszcza w kierunku, w którym przyszło mi się realizować zawodowo, w naukach humanistycznych, w których czasem grozi zerwanie kontaktu z konkretnie pojmowaną rzeczywistością. Umiejętności wtedy zdobyte procentują też przy wykonywaniu funkcji ocharakterze administracyjnym.

          Lata nauki w szkole średniej to też najlepszy okres w życiu człowieka, przejście zwieku młodzieżowego do dorosłego. Stąd też sytuacje, zdarzenia i ludzie z tego okresu szczególnie mocno zapadają w pamięć. Dotyczy to zarówno grona nauczycieli, pracowników szkoły i gospodarstwa przyszkolnego, jak i rówieśników. Nie sposób wymienić w krótkim tekście wszystkich pedagogów, którzy jakoś tam ukształtowali nasze postrzeganie świata, ograniczę się więc jedynie do osoby, która bezpośrednio odpowiadała za nas, do naszego Wychowawcy. Pan Profesor Jan Ostafin, bo o Nim myślę, mimo niewątpliwych kłopotów z niesforną klasą, cieszył się u nas stałą i bezinteresowną sympatią.

          Okres szkoły średniej, w wypadku szkoły ornontowickiej, miał dla dużej części naszej klasy jeszcze jedną cechę specyficzną, potwierdzającą wchodzenie w samodzielność, a mianowicie to, że odbywał się poza miejscem zamieszkania, co łączyło się z pobytem w internacie. Niezależnie od pewnych uciążliwości, wynikających w znacznej mierze z czasów, w jakich wypadło nam żyć, jak np. obowiązek oglądania dziennika telewizyjnego, częste i nudne apele, różnego rodzaju dyżury etc., korzyści z przebywania w grupie rówieśniczej były niezaprzeczalne. To również w tym miejscu następowała tzw. socjalizacja, docieranie się w grupie, tworzenie więzi koleżeńskich, już choćby w związku z pomieszkiwaniem w tym samym pokoju (w moim wypadku, z Genkiem Adamcem, Grzesiem Brzoską i Marianem Gózdkiem) czy ze wspólnie realizowanych projektów, jak w wypadku pracy dyplomowej, modelu układu elektrycznego w traktorze, wykonanego razem z Józkiem Guzikiem.

          Dziś, po latach, okres szkoły średniej jest tym, do którego chętnie wraca się we wspomnieniach, choć nie zawsze są to wspomnienia radosne. Oprócz wielu wydarzeń wesołych, czasem wręcz anegdotycznych, miały miejsce zdarzenia mniej wesołe, w jednym wypadku nawet tragiczne. To właśnie w szkole średniej przyszło mi pierwszy raz w życiu wygłosić pożegnanie nad trumną tragicznie zmarłego kolegi. W czasie wakacji, po czwartej klasie, spotkaliśmy się niespodziewanie na pogrzebie śp. Joachima Łoszy, kolegi, którego stratę odczuliśmy szczególnie boleśnie, już choćby dlatego, że zdążył sobie zdobyć powszechną sympatię i autorytet. I choć od tego czasu nieraz jeszcze, z racji pełnionych funkcji, żegnałem zmarłych współpracowników i kolegów, profesorów różnych polskich uczelni, to pierwsze pożegnanie, na cmentarzu w Wilczy, najbardziej utkwiło mi w pamięci.

        • Iwona Kuźnik (Nowak), absolwentka Technikum Rolniczego

        • Jestem absolwentką Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych, do którego uczęszczałam w latach 1996-2001. Wówczas placówka nosiła jeszcze zaszczytne miano Zespołu Szkół Rolniczych, a ja sama byłam uczennicą pięcioletniego technikum rolniczego. Klasą, do której należałam, opiekował się dr Jerzy Piszczek.

          Swoją szkołę wspominam z sentymentem i prawdziwą radością. Dlaczego? Przede wszystkim za przyjazną atmosferę i zażyłe relacje, jakie łączyły nauczycieli i uczniów. Owszem, zdarzały się i trudniejsze chwile, ponieważ profesorowie byli niezwykle wymagający, ale po latach wspominam przede wszystkim zaangażowanie nauczycieli włożone w nauczanie i wychowanie swoich uczniów.

          Do najprzyjemniejszych wspomnień należy czas zajęć praktycznych, które w mojej klasie prowadzili pani Ewa Włodarz, pan Bronisław Domagała i pan Franciszek Kośmidek. Lubiliśmy (ja i moi rówieśnicy) te zajęcia przede wszystkim dlatego, że były świetną odskocznią od szkolnej rutyny.  Ale to nie jedyny powód! Prowadzący z niezwykłym zaangażowaniem wprowadzali nas w rolniczy świat. Dzięki nim uprawa roślin i hodowla zwierząt (i nie tylko) nie miały przed nami tajemnic! Do dziś można zobaczyć wynik jednej z naszych prac: szkolne ogrodzenie, które wykonaliśmy podczas praktyk pod kierunkiem pana B. Domagały.

          Gdyby zapytać koleżanki i kolegów z mojej klasy o to, jak wspominają naukę w ZSR w Ornontowicach, wszyscy z łezką w oku powiedzieliby: „To były dobre czasy!” Ja też tak uważam.

        • Judyta Morawiec (Student), absolwentka Liceum Ogólnokształcącego

        • Jednym ze wspomnień związanych z edukacją w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Ornontowicach jest z pewnością udział w wymianie młodzieży z Berufskolleg fur Wirtschaft und Informatik z Neuss.

          Dzięki wymianie miałam okazję zawrzeć nowe znajomości, poznać odmienne kultury, zwiedzić piękne miejsca zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Był to także czas pokonywania swoich słabości. Na początku barierę w kontaktach stwarzał strach przed mówieniem w obcym języku oraz niedociągnięcia w jego opanowaniu. Z czasem jednak niewerbalne formy komunikacji zostały zastąpione łamanym angielskim, a z każdym dniem porozumiewanie się było coraz łatwiejsze i bardziej spontaniczne. Bezpośredni kontakt z obcokrajowcami dał lepsze efekty niż lata nauki języka obcego w szkole.

          Młodzież z Niemiec była ciekawa tego, co zastanie w Polsce, pamiętam, że byli zdziwieni faktem, że są u nas hipermarkety i mamy powszechny dostęp do Internetu, byli przekonani, że dzieli nas dużo większa przepaść cywilizacyjna niż w rzeczywistości, choć różnica oczywiście była zauważalna w różnych sferach życia.

          Ja natomiast byłam pod wrażeniem wyposażenia niemieckich szkolnych pracowni. Na przykład pracownia, w której uczyli się zawodu przyszli stomatolodzy, przypominała nowoczesny i bogato wyposażony gabinet stomatologiczny, podobnie przyszli weterynarze czy informatycy mieli do dyspozycji sprzęty na najwyższym poziomie. Szokiem był fakt, że w szkolnych toaletach zamontowane były lampy ultrafioletowe, które miały zapobiec braniu narkotyków przez uczniów oraz umieszczono tam maszyny z prezerwatywami.

          W związku z tym, że nasi koledzy i koleżanki z Niemiec byli różnego wyznania, musieliśmy ich dobrze poznać, by nie popełnić żadnego faux pas, goszcząc ich u nas w domach, na przykład nie podać rolad wieprzowych komuś, kto wyznaje Islam.

          Sami Niemcy też byli ciekawi naszych zwyczajów, świąt. Pamiętam, jak trudno było mi wytłumaczyć, na czym polega odpust w kościele katolickim albo co to jest szyb kopalniany, który było widać z okien mojego mieszkania.

          Kiedy gościłam w Niemczech, dowiedziałam się, czym jest Nouruz– święto, które przypada na pierwszy dzień wiosny - 21 marca. Jest to tradycyjne irańskie święto Nowego Roku. Miałam okazję spróbować tradycyjnych potraw i dowiedzieć się czegoś więcej na temat innych zwyczajów i świąt obchodzonych w domu gospodarzy.

          Bardzo mile wspominam nie tylko wymianę, w której uczestniczyłam, ale także przyjaźnie zawarte podczas trzech lat uczęszczania do liceum, wycieczki klasowe, grono pedagogiczne.

          Okres nauki w ZSP w Ornontowicach to czas dokonywania pierwszych poważnych wyborów i czas wyzwań: matura, wybór kierunku studiów, egzamin na prawo jazdy. Jednak z perspektywy czasu okazało się, że to był beztroski czas, cechujący się ufnością, lekką naiwnością, ciekawością w stosunku do świata i ludzi, który zawsze miło powspominać…